Na melinie u Wita Przepióry
Weintraub rozgryzał
Mruczenie wszechświata
Odkąd spaliła się pobliska fabryka knotów
Wszędzie węszył i pozbył się ufności
Do mechaniki kwantowej i receptury na budyń
Przepióra raczył go na krechę
Bimbrem o smaku mazutu z terpentyną
Po którym Weintraub na chwilę
Wracał do rzeczywistości
Klął wtedy ohydnie,bił konkubinę
I zżerał Przepiórze gargantuiczne ilości
Salcesonu
Wraz z ilością wyżłopanego „koloidu”
Kurczył się w sobie
I jakby gasł od środka
Bełkotał coś o kwazarach i antymaterii
Robił widlastego zeza
Jęczał,piszczał
Miętosił parciany kubraczek
I opadał w czeluście
Gdzie metanol słał mu łoże
Nabite gwiazdami
Po Weintraubie zostawało
U Przepióry trochę pomiętych
Świstków z obliczeniami transformacji Lorenza
Czasami Weintraub zostawiał buty,konkubinę
Różne wersje testamentu
I jak zwykle
Śrubokręt